Narodziny cywilizacji Wysp Brytyjskich. Wojciech Lipoński
Чтение книги онлайн.

Читать онлайн книгу Narodziny cywilizacji Wysp Brytyjskich - Wojciech Lipoński страница 47

Название: Narodziny cywilizacji Wysp Brytyjskich

Автор: Wojciech Lipoński

Издательство: OSDW Azymut

Жанр: История

Серия:

isbn: 978-83-7976-655-0

isbn:

СКАЧАТЬ przy tym niekiedy, że właśnie rzymska okupacja Brytanii była pierwszym tego impulsem. Powstaje jednak zasadnicze pytanie: jak mógł on spowodować cokolwiek wśród Anglików, którzy przecież okupacji rzymskiej nie zaznali? Jak mógł zaistnieć przepływ jakichkolwiek wzorców kulturowych poprzez odległe od siebie epoki, ostro zarysowane podziały etniczne?

      Rzecz stanie się bardziej zrozumiała, jeśli zważymy, że kultura staroangielska, rustykalna w swej naturze od pragermańskich początków, w drugiej połowie XI w. i w ciągu dwu następnych stuleci poddana została niemal identycznemu doświadczeniu cywilizacyjnemu jak wcześniej Celtowie. W starożytności zdobywcami Brytanii, narzucającymi jej m.in. swoje koncepcje miasta jako centrum życia publicznego, byli Rzymianie, w Średniowieczu – Normanowie. W pierwszym przypadku nieprzygotowanymi do tego odbiorcami były społeczności celtyckie, w drugim – pozbawiony swych elit lud angielski. W obu przypadkach wymuszony import architektoniczny wywodził się – jeśli nie wprost, to ideowo – z Rzymu. Rzymscy planiści i budowniczowie, którzy przybyli z legionami, czynili to bezpośrednio. Natomiast w architekturze Normanów z łatwością identyfikujemy odmianę stylu romańskiego, ten zaś – co powtarza każdy podręcznik szkolny – wziął swą nazwę od oczywistych afiliacji z antycznym Wiecznym Miastem – Romą.

      W ten sposób dwie najbardziej znaczące grupy etniczne Brytanii – celtycka i anglosaska – zostały poddane zbliżonemu oddziaływaniu kulturowemu: w podobny sposób, choć w odległych od siebie epokach, zmuszone zostały do przyjęcia wyższej cywilizacji miejskiej od najeźdźcy z zewnątrz. Nie podważa tej oczywistości to, że w momencie najazdu normańskiego miejskość Anglosasów była wyżej rozwinięta niż u celtyckich Brytów, gdy tych ostatnich podbijali Rzymianie. Anglosasi przejęli przecież dawne miasta rzymskie, choć zrazu w ograniczonym stopniu. Posiedli wreszcie sami umiejętność budowania grodów, które w drugiej połowie okresu staroangielskiego były na najlepszej drodze do przeistaczania się w miasta średniowieczne. Największe z dawnych ośrodków rzymskich, jak Londyn, York i Exeter osiągnęły tę fazę jeszcze w okresie przednormańskim. Ale szersze oddziaływanie rzymskiej schedy było znacząco osłabiane przez co najmniej kilka czynników. Przede wszystkim ludność celtycka, która po trzystu sześćdziesięciu paru latach panowania Rzymian przyswoiła sobie ich osiągnięcia i umiejętności (mniejsza o to, w jakim stopniu), została zepchnięta przez anglosaskich intruzów na zachodnie i północne obrzeża Brytanii i tu wyraźnie poczęła ulegać cywilizacyjnym cofnięciom. Nowi przybysze przejmujący porzymskie dziedzictwo zdani więc byli na własne siły i z braku nauczycieli nie zawsze poczynali sobie z nim najszczęśliwiej. Trudno sobie zresztą wyobrazić, by lud niedawno przybyły z ostępów Germanii od razu wznosił wyrafinowane świątynie, amfiteatry i mosty. Nie znał nawet zasad ociosywania kamieni, ich spajania, reguł statyki, układania ciężkich stropów itd. Anglosascy rzemieślnicy wykorzystywali często porzymskie zabytki na budulec, ale powstające w ten sposób obiekty nie wytrzymywały porównania ani skalą, ani architektonicznym polotem z tym, co powstawało wcześniej w romańskiej Brytanii, bądź później w normańskiej już Anglii. W miastach staroangielskich dominowały konstrukcje drewniane, zaś ich obwarowania składały się głównie z nasypów i palisad.

      Naturalny rozwój „miejskości” Anglii został też przyhamowany wpływami kultury skandynawskiej. Ta ze swej natury zorientowana była ku morzu, nie zaś budowie zaawansowanych siedzib lądowych. Toteż gdy doszło do najazdów i osiedlania się wikingów w Brytanii, korzystali oni początkowo z niezbyt wyrafinowanego dorobku anglosaskiego, nie zasilając go pod tym względem własnymi osiągnięciami. Przybycie wikingów oznaczało też spore przesunięcia na mapie wyspy. Sytuacja militarna wymuszała powstawanie nowych grodów, co nie zawsze pokrywało się z założeniami urbanizacji rzymskiej, choć na ogół dawnej substancji nie naruszało. Niebawem, w innym rozdziale, przekonamy się, że te pospiesznie wznoszone grodziska niosły dwojakiego typu skutki dla urbanizacji wyspy. Z jednej bowiem strony cywilizowały tereny dotąd dziewicze bądź broniły przed barbarzyńskimi zniszczeniami wikingów te, które były już jako tako rozwinięte, z drugiej jednak swym niewątpliwym prymitywizmem cofały, a w każdym razie opóźniały postępy szeroko rozumianej kultury miejskiej. Nie wolno oczywiście ignorować chwalebnych wyjątków, usiłowań Alfreda Wielkiego czy Edgara, zmierzających w przeciwnym kierunku. Pod koniec okresu staroangielskiego Edward Wyznawca usiłował przyspieszyć rozwój rodzimych miast, sięgając po wzorce kontynentalne. Ale wszystkie te przedsięwzięcia do czasu najazdu normańskiego występowały w zbyt małej masie, by przełamać ogólny niedorozwój urbanistyczny.

      W takim kontekście pojawienie się zwalistego cielska normańskiego zamku, potężnych fortyfikacji miejskich, kościołów o nieznanej tu wcześniej kubaturze, stanowiło dla ludności angielskiej podobny szok, jaki spowodowała wcześniejsza o tysiąc lat rewolucja urbanistyczna, zapoczątkowana na oczach ludności celtyckiej przez Rzymian. Inny był poziom i charakter obu zjawisk, inne okoliczności dziejowe, natomiast zbliżona, a w każdym razie porównywalna, skala przeskoku między tym, co dawne, a tym, co następowało. W obu też przypadkach chodziło o obcy narzut, w obu inicjatorami gwałtownych przemian była elita mówiąca obcym językiem, bezwzględnie wykorzystująca swą przewagę architektoniczną i technologiczną w celu utrzymania dominacji politycznej. Można zatem przypuszczać, że i efekt psychologiczny wśród podbitej ludności musiał być zbliżony. Bez wątpienia spowodował on swoisty dystans do „ich” miast, „ich” budowli, przytłaczających swym ogromem. Wśród ludzi przeżywających tak duży wstrząs potężne mury i wieże czy to rzymskich fortów, czy normańskich kaszteli, pogańskich świątyń Jowisza czy średniowiecznych katedr budziły podobne poczucie obcości, potęgi najeźdźcy. Były wszechobecnym, materialnym, widzialnym i dotykalnym dowodem własnej klęski i niemocy. Wśród wrażliwszych z pewnością wywoływało to uczucie alienacji, choć oni sami tego wyrazu jeszcze nie znali, być może chęć ucieczki poza obręb takiego miasta, które „nie było swoje”, przytłaczało, nie dając w zamian poczucia własnej tradycji, swobody czy duchowego komfortu. Ten ostatni mechanizm psychologiczny, raz uruchomiony działał potem już samoczynnie, nawet wówczas, gdy wygasały pierwotne przyczyny zjawiska. Podtrzymywały go i nawet wzmacniały czynniki nowe, wynikłe z rozwoju samego miasta: coraz większe oddalenie od przyrody, piętrzące się niedostatki higieniczne, panujący powszechnie brud i zaduch, cykliczne epidemie, zgiełk i harmider tak mało sprzyjające kontemplacji czy refleksji. Toteż uciekają z takich miast najpierw nowe klasztory, potem jednostki szukające środowiska bardziej sprzyjającego wszelkiego typu umysłowym zatrudnieniom czy refleksji.

      Chyba najbardziej przekonującym tego dowodem jest angielska, a może ogólniej – brytyjska literatura, jak mało która „horacjańska” w swej naturze. Iluż pisarzy brytyjskich od Średniowiecza po czasy obecne, właśnie wzorem Horacego opuszczało miasto i mniej lub bardziej świadomie przyjmowało za swoją rustykalną filozofię rzymskiego poety:

      To było celem moich życzeń: pola skrawek,

      ogród, w pobliżu domu źródło wody świeżej

      i gaj na stoku wzgórza…182.

      Nie jest stąd daleko do późniejszych o niemal dwa tysiące lat wynurzeń poety angielskiego:

      Mieć chatkę tam, na zboczu wzgórza…

      Słodki szum pszczół niech w ucho wpada,

      A spośród wierzb młyn się wynurza

      I spływa woda w dół w kaskadach183.

      Wpływy horacjańskie nie są oczywiście wyłącznością literatury angielskiej czy jakiejkolwiek innej. Ale chyba w żadnej literaturze europejskiej nie występują w takim nasyceniu, w żadnym też innym kraju tyle wybitnych СКАЧАТЬ



<p>182</p>

Horacy, Hoc erat in votis. Satyr księga druga, Satyra VI, w: Dzieła. Pieśni, epody, satyry i listy, tłum. S. Gołębiowski, Warszawa 1986, s. 176.

<p>183</p>

S. Rogers, A Wish, pol. tłum. W.J. Kasiński, Życzenie, w: Poeci języka angielskiego, wybór i oprac. H. Krzeczkowski, J.S. Sito, J. Żuławski, t. II, Warszawa 1971, s. 175.