Zamęt. Vincent V. Severski
Чтение книги онлайн.

Читать онлайн книгу Zamęt - Vincent V. Severski страница 28

Название: Zamęt

Автор: Vincent V. Severski

Издательство: PDW

Жанр: Криминальные боевики

Серия: Zamęt

isbn: 9788380157187

isbn:

СКАЧАТЬ w służbowej kawalerce na Grójeckiej, a po Warszawie poruszał się komunikacją miejską albo pieszo. Prawie nigdy nie brał taksówki i zawsze odmawiał, kiedy ktoś proponował mu podwiezienie. Nie miał nawet prawa jazdy.

      O dziesiątej rano podszedł do okna i wyjrzał na podwórko przejściowe, gdzie poprzedniego dnia zostawił obserwację. Był to dość duży nieregularny plac, zadrzewiony i zapchany samochodami, zamknięty od południa niskim budynkiem kina Luna. Zwykle panował tam spory ruch, ale o dziesiątej było już spokojnie. Do podwórka przylegało siedem klatek schodowych. Tylko jedna miała dwa wejścia, oba wykorzystywane przez Sekcję.

      Otworzył okno. Po chwili jego telefon wydał z siebie podwójny dzwonek i zamilkł. Roman nawet nie musiał sprawdzać, kto dzwoni. Wiedział już, że Witek i Ela są na swoich miejscach i może ruszać.

      Włożył przyciasny zielony płaszcz i szary kapelusz trilby.

      Kupił go trzydzieści pięć lat temu u Cieszkowskiego w pawilonach na Marszałkowskiej. Bardzo o niego dbał, choć z początku wcale nie był nim zachwycony. Uważał, że komuś tak niskiemu jak on kapelusz tylko przydaje groteskowości, ale Hania miała inne zdanie i upierała się, że jest najprzystojniejszym mężczyzną na świecie.

      Rok później Hania zginęła pod kołami ciężarówki, a kapelusz został. Stał się czymś w rodzaju ogniwa łączącego duszę i ciało Romana, który nie mógł już bez niego żyć. Czasami martwił się nawet, co się stanie z tym kapeluszem, kiedy on umrze.

      Wyszedł przed dom i zatrzymał się na moment, jakby chciał pokazać, że oto jest i obserwacja może już przystępować do pracy. Obrócił się w lewo i spokojnym krokiem ruszył w stronę ulicy Sempołowskiej.

      28

      Usiedli na desce. Tygrys po lewej stronie, z automatem na kolanach, a Henryk po prawej. Drugi talib z kałasznikowem stanął z tyłu.

      – Skąd jesteś? – zaczął Tygrys. – Z Warszawy?

      – Nie… z Gdańska – skłamał Henryk.

      – A gdzie to?

      – Nad morzem, nad Bałtykiem, duże portowe miasto.

      – Hm… – zamruczał Tygrys. – Mówisz, że jesteś biznesmenem w branży telekomunikacyjnej, tak? – zapytał.

      – Tak… portugalska firma Oregon, oddział w Islamabadzie…

      – Jesteś wierzący? – przerwał mu Tygrys.

      – Tak, wierzę w Boga, ale do kościoła nie chodzę.

      – Katolik?

      – Tak.

      – Hm…

      Henryk siedział bokiem do Tygrysa, więc nie widział jego twarzy. Męczyło go to, bo nie mógł obserwować mikroekspresji. Jako oficer wywiadu, doświadczony werbownik, potrafił rozpoznawać stan emocjonalny rozmówcy na podstawie mowy twarzy, gestów ciała, ale nigdy nie ćwiczył takiej sytuacji, w jakiej się teraz znalazł. Tym bardziej że Tygrys nie był specjalnie rozmowny. Zadawał dużo pytań, odpowiadał krótko, wciąż przeczesując dłonią brodę. Dlatego Henryk czuł się bezbronny jak nigdy dotąd i na oślep szukał czegoś, co choć trochę by mu pomogło poznać zamiary Tygrysa.

      Kątem oka obserwował, jak talib grzebie wojskowym butem w skalistej ziemi i mrucząc jakąś melodię, rytmicznie uderza kciukiem w automat. Zaczął się wsłuchiwać w niski nosowy głos w nadziei, że znajdzie coś, jakiś punkt zaczepienia, by nawiązać z nim kontakt na swoich warunkach. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo jest to złudna, wręcz naiwna nadzieja, ale nie mógł nie spróbować. Czuł, że musi, zwłaszcza że melodia, którą mruczał Tygrys, wydawała mu się znajoma.

      To chyba Mucurajew… – przemknęło mu przez myśl, bo gdy mieszkał w Rosji, czasami słuchał tego barda Kaukazu. A jeśli to Mucurajew, to Tygrys jest Czeczenem!

      O mało nie krzyknął. To było ważne odkrycie.

      Tylko skąd u niego taki angielski?

      – A w wojsku byłeś? – zapytał Tygrys.

      – Tak.

      – Zawodowy?

      – Nie, z poboru.

      – Twoi koledzy zabijają muzułmanów w Afganistanie, a wcześniej zabijali w Iraku… W Karbali zabili wielu bojowników mahdiego. Dlaczego Polacy nienawidzą muzułmanów? Dużo jest u was naszych braci i sióstr? Co wam zrobiliśmy? Były jakieś akcje bojowników w Polsce? Mieliście jakieś kolonie?

      Tygrys mówił spokojnie i Henryk nie wyczuwał w jego głosie żadnego osobistego tonu. Doszedł zatem do wniosku, że talib nie wie, z kim ma do czynienia, chociaż pytania były prowokujące i mogły sugerować, że jest wrogo nastawiony. Henryk jednak przyjął wersję optymistyczną – że Tygrys jest zdezorientowany – bo nie mógł okazywać zdenerwowania ani strachu.

      Niczego teraz bardziej nie potrzebował, niż spojrzeć mu w oczy. Wstrzymał oddech i obrócił się w jego stronę.

      – Nic nie wiem o tym, żeby Polacy zabijali muzułmanów, ale od początku byłem przeciwny wojnie w Iraku i wysłaniu naszych wojsk do Afganistanu – powiedział Henryk zgodnie z przekonaniem, chociaż nie miał pewności, czy Tygrys odbierze jego słowa jako szczerą deklarację, czy też uzna je za dowód słabości. Henryk jeszcze nie wiedział, co zamierza ugrać, ale na pewno nie chciał wyjść na mięczaka. – Dla mnie nie ma znaczenia, kto jaką religię wyznaje, wszystkie są równe…

      – Otóż nie! – Tygrys przestał uderzać palcem w automat. – Islam jest jedyną prawdziwą religią i nie ma Boga nad Allaha… Allah akbar. – Podniósł złączone dłonie i przeciągnął nimi po twarzy, mrucząc coś po arabsku. – Zdecydowałeś się już?

      – Przejść na islam? – zapytał Henryk. – Myślę o tym cały czas.

      Nie dostrzegł w twarzy Tygrysa niczego, co mogłoby mu pomóc. Jego duże, smutne i zimne oczy, na wpół przesłonięte powiekami, sprawiały ponure wrażenie. Nieraz widziały śmierć, patrzyły, jak umierają mężczyźni, kobiety i dzieci, rejestrowały ból, cierpienie i wszystkie przerażające obrazy, których był autorem. Henryk od razu zrozumiał, że to nie jest człowiek, z którym mógłby rozmawiać. Przepaść miedzy nimi była ogromna, bo on sam jeszcze nikogo nie zabił.

      – Nie mieliśmy nigdy kolonii i nie było u nas żadnych zamachów. Polacy nie znają islamu, więc nie mogą nienawidzić czegoś, o czym nie mają pojęcia – tłumaczył, patrząc Tygrysowi w oczy. Starał się, by te słowa brzmiały spokojnie, a nawet obojętnie, co pozwalało mu zaznaczyć dystans i uniknąć podejrzenia o nieszczerość. – Po wojnie w Czeczenii przyjechało do Polski prawie sto tysięcy uchodźców, muzułmanów, i wielu znalazło u nas swój dom. Nikt im nie okazywał nienawiści, wprost przeciwnie.

      Henryk wykorzystał argument, który trzymał jak asa w rękawie, odkąd się zorientował, że Tygrys jest Czeczenem. Liczył, że w ten СКАЧАТЬ