Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie, którego zwano Duninem. Józef Ignacy Kraszewski
Чтение книги онлайн.

Читать онлайн книгу Historya prawdziwa o Petrku Właście palatynie, którego zwano Duninem - Józef Ignacy Kraszewski страница 18

СКАЧАТЬ niosąc – i stawiła się im, pytając czegoby chcieli? A gdy rzekli, że opiekę jéj dać mają, rozśmiała się smutnie odpowiadając, że niepotrzebuje żadnéj, oprócz Bożéj, że ludzi i mienie utrzymać potrafi a – dali Bóg, nieprzyjaciół i na wojnę, sama ze swém zawołaniem po wsiach i opolach pojedzie – a choćby i na czele ich stanie.

      Stryjowie rozmówiwszy się z nią, już się tam nie zgłaszali, a Hanna trzymała majętności, jak żaden mąż, – żelazną ręką. – Gdy było potrzeba dosiadała konia, jechała, – skarżyła, na dwór królewski szła, do Biskupów, do sądów, krzywdy sobie żadnéj czynić nie dając. —

      Tak się wszyscy dziwowali niewieście mężnéj, że potém nikt jéj nie śmiał zaczepić. – Gdy jeden z Doliwów zajechał jéj ziemię na granicy, dopóty nań czyhała aż związanego, porwawszy na łowach, nie wsadziła do więzienia na zamku, a nie puściła go, aż jéj z sześciu poręczycielami poprzysięgać musiał, że więcéj krzywdy czynić nie będzie i zemsty wszelkiéj zaniecha. – Mimo to co od niéj ucierpiał tak się potém w niéj ów Doliwa rozmiłował, iż ją za żonę chciał mieć, na co mu odpowiedziała, iż tam zkąd ona była niewiasty z mężami szły na stos, a kiedy dla dziecka żyć musiały, nie ślubowały powtórnie nikomu, bo się za umarłe światu liczyły…

      Teraz już lat mając pod sześćdziesiąt, Jaksowa silną jeszcze była, jakby skamieniałą, niewczas, niewygodę, trud znosząc młodą siłą jakąś, która w niéj pozostała. – Tak samo jak na koniu gotową była we skwar i mróz, dzień przesiedzieć i noc, tak pod dachem, w domu umiała rządzić dziewkami, dworem, od kądzieli i krosien nie stroniąc. – Tylko gdy do spokojnéj siadała roboty, na usta jéj przychodziły pieśni jakieś stare, dziwne, niezrozumiałe nikomu, co ich ludzie podsłuchując czasem pode drzwiami, słupieli. – Głos miała mocny, na wpół męzki, smutny i poważny, a w trąbkę tak zadąć potrafiła, że w jéj ustach innego nabierała głosu i brzmiała niby piorun, grzmot, albo jakiś wrzask nadludzki.

      Pomimo starości nie była jeszcze brzydka trzymała się prosto, a że jéj dawno piersi wyschły, wyglądała na mężczyznę i była gibką a zwrotną a silną, że nieraz z łowów przyniesionego kozła za rogi ująwszy, do góry podniosła.

      W twarzy ogorzałéj, nieco już pomarszczonéj, widać było smutek wieczny i zadumę, ale razem spokój i siłę. Trwogi po sobie nieokazała nigdy. – Duchowni nie byli z niéj bardzo radzi, – zwali ją nawet poganką dla tego, że ich nie bardzo słuchać chciała, ale szczodrą dłonią sypała im zawsze. – Do kościoła chodziła, znajdując się w nim przystojnie, pilnując aby i czeladź tam uczęszczała, ano potém pilniéj jéj było do swojego śpiewu, do roboty jakiéj, niż do długich modlitw i pacierzy. —

      Surowa dla wszystkich pani, – dla jednego dziecka swego była jakby inną. Nie było dla niéj na świecie tylko ono jedno, dla niego życie by dała i wszystko. Chowała go tak tą miłością wielką, że nigdy karcić nie potrzebowała. —

      Długie lata młody Jaksa przy niéj nieodstępnie był, pilnowała go nie spuszczając z oka. – Na pierwsze łowy, w pierwsze pole sama z nim wyjechała. Potem do Krakowa sama ruszyła szukać dlań klechy, coby go uczył innych rzeczy, których ona nie umiała. – Tam siedziała dopóki nieznalazła takiego, co się jéj dał powodować i téj był myśli dla dziecka co ona. – Stał mu tedy ów Klecha za pierwszą szkołę, potém ten sam jechał z nim w świat do szkół innych, aby się chłopię przecierało, – naostatek owemu ks. Marcinowi, gdy święcenia wziął dała plebanię i wieś do niéj za wierne usługi. —

      Był teraz ks. Marcin proboszczem w Miechowie, i nic mu naganić nie mógł nikt, – bo, choć wówczas mało który pleban żony nie miał, on żył jako mnich, – około chwały Bożéj pracował wielce, tylko więcéj pono po siołach ludzi nauczał niż śpiewał w kościele, co mu drudzy za złe mieli.

      Długo będąc chłopca nauczycielem, nabrał tego nałogu bakałarstwa i po wsiach dzikich apostołować chodził, – nawracał, – chrzcił, – a tęsknił do ludzi opuszczonych, do ślepych, aby im nieść światło…

      Dwór Jaksowéj w Komorowie prawie z samych starych sług był złożony, z dawnych męża jéj ludzi lub dzieci ich. – Było tego dosyć, wolnego i niewolnego ludu, a nikt tam ani biedy, ani głodu nie zaznał, dostatek był zawsze, zbytku nigdy. – Sama pani to jadała i tém żyła, co jéj sługi. – Nosiła się ciągle na pół po męzku, w butach chadzając, w sukni krótkiéj, z nożem u pasa, przy czém, gdy w domu białą namitkę włożyła na głowę, niewiedziéć było, czy niewiastę człek miał przed sobą czy męża.

      Od kilku dni syna spodziewała się pani Jaksowa. – Zrazu gdy Marek zbłądził i niewracał, a ludzie co z nim na łowach byli, do domu poprzybiegali, rozpaczając że go znaleść nie umieli, zatrwożyła się mocno o jedynaka. – Wyjechała sama z gromadami plądrując lasy i szukając syna. Nigdzie śladu jego nie znalazłszy uspokoiła się potém będąc téj myśli, że się tylko zapędzić i obłąkać musiał. Ufała w to że dziecko po niéj i po mężu siłę wzięło i męztwo, a łacno się nie da ani ująć, ani pokonać, ani zastraszyć, ani uśmiercić. – Czekała więc dosyć spokojna, gdy nadbiegł sługa od ks. Janika, przez którego nakazała aby nie bawił z powrotem. Czekała więc go co godzina.

      Nad wieczór wreszcie dnia jednego zjawił się młody, matce do nóg kłaniając, która go słowa nie rzekłszy do piersi przycisnęła. Dopiero jakby odetchnąwszy, odezwała się do niego.

      – Srogiegoś mi niepokoju o siebie napędził. – Minęło to, siadaj, spocznij i praw coś czynił. —

      Począł Marek od początku, jak mu się na łowach nie wiodło, jak się zapędził, obłąkał, po puszczach przedzierał, jak potém Biskupa spotkał, jak u niego czas spędzał, a Petrka poznał i rodzinę jego, o któréj stara dużo i wprzódy już słyszała. —

      Nawykł był syn nic nie taić przed matką, więc mówiąc jak Błogosławę zobaczył, a potém ją widział raz wtóry i trzeci, – nie ukrył tego, że mu się dziwnie piękną wydała i że na myśli uroda jéj stała mu ciągle. – Tak się téż mówiąc o niéj rozciągał szeroko z pochwałami i opisy, iż matka poznała łatwo, że mu dziewcze mocno się upodobać musiało. —

      – Dziewka piękna być może – odezwała się – ale ona nie dla ciebie, – ty nie dla niéj. Nie dla tego abyś jéj nie był wart, bo Jaksowie téż od innych kniaziów nie gorsi, ani żeby bogatsi byli, albo mocniejsi od nas – ale nie takiéj żony tobie, a mnie synowéj trzeba. – Niech będzie piękna jako chce, co mi po niéj? – Królować zechce i przewodzić u nas, a jam się na niczyją sługę nie rodziła, ani ty masz być nim kiedy! – Wolę prostą dziewkę z któréj, jak z ciasta korowaj, ulepię co zechcę dla ciebie i dla siebie, niż taką królownę, przed którą my padać będziemy musieli. —

      I pomilczawszy dodała.

      – Pamiętaj i o tém że pieniądz i skarby zdradą kupione nie szczęscą się. – Czém Petrek tak wielkim stał się? – Na wojnie zdobycz, choć krwią zbroczona, swoją téż jest obmyta – a ta. —

      Potrzęsła stara głową.

      – Nie – nie. – Nie myśl o téj dziewce. —

      Jaksa się smutno uśmiechnął. —

      – Myśléć o niéj po dobréj woli nie będę, a mimowoli muszę, bo mi się upodobała.

      – Zapomniećby СКАЧАТЬ