Pożeracz Słońc. Christopher Ruocchio
Чтение книги онлайн.

Читать онлайн книгу Pożeracz Słońc - Christopher Ruocchio страница 36

Название: Pożeracz Słońc

Автор: Christopher Ruocchio

Издательство: PDW

Жанр: Научная фантастика

Серия: s-f

isbn: 9788380626720

isbn:

СКАЧАТЬ Gibson był dla mnie człowiekiem najbliższym ideału ojca. A ten moment umacniał to bardziej niż jakikolwiek inny. Gibson umarł dla mnie. Nie tam, nie wtedy, ale na odległej planecie swego wygnania. Oddał za mnie życie, oddał wygodne miejsce na dworze mego ojca, żebym ja zyskał szansę na życie takie, jakie sobie wymarzyłem. Cieszę się, że nie ujrzał mojej przyszłości, bo nie była to przyszłość, jaką którykolwiek z nas by wybrał, najeżona trudnościami i cierpieniem.

      – Nie zaprzeczasz? – Głos ojca nie zdradzał emocji. Mógłby w ten sposób przemawiać do wroga pojmanego na polu bitwy, nie zaś do człowieka, który od maleńkości wychowywał jego dzieci, a przedtem był wychowawcą jego samego.

      Gibson odzyskał pewność siebie.

      – Już to wyznałem, sire.

      – Rzeczywiście – potwierdził jeden ze strażników na podium, a ja poznałem głos sir Robana. Sir Robana, który uratował mnie przed gangiem pod koloseum, wiernego liktora mego ojca. – Sam to od niego wyciągnąłem. – Nacisnął guzik odtwarzania głosu w swoim nadgarstkowym terminalu, który poprzez nadajnik w zbroi połączony był z systemem nagłośnienia placu.

      Szeleszczący głos Gibsona rozległ się z głośników we wszystkich kątach dziedzińca, sztucznie wzmocniony, jakby należał do jakiegoś podstarzałego olbrzyma.

      – Hadrian nigdy nie dotarłby na Vesperad. Poczyniłem przygotowania… – Nagranie urywało się nagle, w samą porę, ucinając ulubiony fragment ojca o demonicznych Extrasolarianach.

      Tłum zafalował. Nieucy patrzyli na scholiastów z podejrzliwością, co spotyka wykształconych ludzi we wszystkich epokach. Scholiaści mieli w sobie coś z maszyny, co stanowiło relikt starożytnej historii ich monastycznej wspólnoty i jej założenia przez tych nielicznych Mericanii, którzy przetrwali Wojnę Założycielską. Poza tym w każdych czasach wybitna inteligencja naznaczana jest swoistym piętnem, ponieważ szczyty, na jakie potrafi wspiąć się umysł ludzki, spotykają się z wielką nieufnością tych, którzy pozostają na poziomie morza.

      Zawsze też wybitni padali ofiarą pogromów i działań Inkwizycji.

      – Tor Gibsonie, za próbę porwania mego syna ja, Alistair z rodu Marlowe’ów, archon Prefektury Meidui i pan Diablej Siedziby, skazuję cię na wygnanie z moich ziem i z całego naszego świata.

      Scholiasta ugiął kolana, szczękając łańcuchami zaczepionymi o pręgierz.

      – To nieprawda. – Wszyscy na podium i ci na placu poniżej, którzy to usłyszeli, skierowali spojrzenia na mnie.

      – To jest prawda! – Rozległ się chrapliwy głos i Gibson postąpił krok naprzód, napinając łańcuchy. – Alistairze? Oddałbyś syna tym szarlatanom? Twój syn…

      – Herezja! – zaskrzeczała Eusebia, wymierzając sękaty palec w Gibsona. – Zabij go, wasza lordowska mość!

      Lord Alistair zignorował przeoryszę. Poufałość w głosie Gibsona wyprowadziła go jednak z równowagi. Żaden z jego sług nie nazwał go nigdy Alistairem. Nigdy.

      – On jest moim synem, scholiasto! Nie twoim.

      Jeden z żołnierzy kopnął starca w bok kolana i Gibson runął na ziemię jak waląca się wieża. Łańcuchy powstrzymały go przed ostatecznym upadkiem i Gibson zawisł na nich z jękiem. Mimowolny krzyk wyrwał mi się z gardła i podszedłem do poręczy.

      – Wypuść go – zwróciłem się do ojca ze łzami w oczach. – Proszę.

      – Wypuszczam. – Ojciec nie spojrzał na mnie, uniósł rękę i pstryknął palcami. – Jesteśmy miłosierni, jak miłosierna jest Matka Ziemia – powiedział do tłumu. – Gibson służył naszemu rodowi bardzo długo i przez pamięć tej służby powstrzymamy Biały Miecz. – Uspokoił gestem protest Eusebii, która ustąpiła tak prędko, iż domyśliłem się, że już wcześniej uzgodnili to między sobą. – Sir Felixie.

      Kasztelan wynurzył się z cienia, a ja zbladłem. Sir Felix, który po Gibsonie był moim najlepszym nauczycielem, nie miał na sobie bojowej zbroi, tylko religijną biel i czerń. Obok niego stanął katar z Zakonu z zawiązanymi oczami, z ogoloną głową i skórą jak porcelana. Opaska na oczach była z czarnego muślinu. Sir Felix w milczeniu sprowadził oprawcę ze stopni do miejsca, gdzie stał przykuty do słupa Gibson.

      – Stop! – wrzasnąłem i rzuciłem się do schodów.

      Strażnicy w pancernych rękawicach złapali mnie za łokcie i pociągnęli z powrotem. Katar podszedł do Gibsona i wyjął cienki sztylet, który żarzył się jasno w świetle dnia. Nie wahając się, wcisnął Gibsonowi cieniutkie ostrze do dziurki w nosie i pociągnął, a pokryta plazmą krawędź rozcięła nozdrze głęboko, aż do kości. Gibson krzyknął i jęknął z bólu, po czym opadł na kolana. Ta rana napiętnowała go na całe życie jako przestępcę. Plazmowy nóż kauteryzował ranę już w momencie jej zadawania i na twarzy nie pojawiła się najmniejsza kropla krwi.

      Sir Alistair skinął ręką i dwaj peltaści trzymający Gibsona rozdarli mu szatę na plecach. Zwisła z jego ramion jak dwa złamane skrzydła, a pośrodku ukazało się białe ciało. Sir Felix, działając w tej sprawie jako pełnomocnik ojca, obejrzał i zaakceptował bicz katara o trzech rzemieniach.

      – Litości, ojcze. – Starałem się wyrwać mężczyznom, którzy mnie trzymali.

      Zlekceważył mnie zupełnie.

      Dwaj żołnierze dopchnęli Gibsona do słupa, a jeden z nich przycisnął twarz starca do chropowatego drewna.

      Kasztelan machnął biczem, rozrywając ciało scholiasty jak cienkie płótno. Gibson wydobył z siebie odgłos, który wstrząsnął mną do szpiku kości: miaukliwe, rozdzierające wycie. Nie mogłem dojrzeć jego pleców z miejsca, w którym stałem unieruchomiony, ale wyobrażałem sobie krwawe pręgi, jakie pozostawia bicz. Opadł ponownie i szloch Gibsona zmienił się w krzyk. Przez chwilę dostrzegłem jego twarz, zupełnie zmienioną. Zniknął miły staruszek, którego znałem przez całe życie, niewyczerpane źródło cytatów i spokojnych napomnień. Ból sprowadził go do czegoś, co nie było nawet cieniem człowieka.

      Uderzenia spadały jedno po drugim. Było ich piętnaście, po każdym rozlegały się szloch i krzyk starego scholiasty. Nigdy nie zapomniałem jego twarzy. Pod koniec już nie krzyczał, zacisnął zęby i znosił ból. Kiedy myślę o sile, to nie armie, które widziałem, przychodzą mi do głowy, ani walczący ludzie. Myślę o Gibsonie, zgarbionym i krwawiącym, który jednak nie musi się wstydzić niczego.

      Ojciec patrzył na to wszystko bez słowa. Kiedy sir Felix wrócił i zajął miejsce obok niego, wciąż z biczem w ręku, archon Prefektury Meidui powiedział:

      – Zabierzcie go. – A potem, zwracając się do logothetów i dworskich sekretarzy, dodał: – Wracać do pracy! Wszyscy!

      – Dlaczego to zrobiłeś? – Wyrwałem się wreszcie strażnikom, którzy mnie trzymali, rąbnąwszy jednego łokciem w nos.

      Poniżej podium tłum przepływał powoli do zamku, milczący po tym, co widział. Choć widok krwi na Kolosso sprawiał im tyle СКАЧАТЬ