Koronkowa robota. Cezary Łazarewicz
Чтение книги онлайн.

Читать онлайн книгу Koronkowa robota - Cezary Łazarewicz страница 12

Название: Koronkowa robota

Автор: Cezary Łazarewicz

Издательство: PDW

Жанр: Биографии и Мемуары

Серия: Reportaż

isbn: 9788380496637

isbn:

СКАЧАТЬ (Być może z powodu braku mocnego materiału dowodowego). Kolejny raz przeczesują dom i ogród w poszukiwaniu prawdy o zdarzeniu. Odkrywają między innymi, że na pękniętej szybie w domu ogrodnika, w którą w nocy pukała Gorgonowa, zachowała się zaschnięta krew. Niestety, zbyt mało, by określić jej grupę.

      I to z kluczowych dowodów wszystko.

       Bez winy

      – Czy przyznaje się pani do zamordowania Elżbiety Zarembianki? – pyta ją na każdym przesłuchaniu młody asesor sądowy Zdzisław Kulczycki, do którego sprawa trafiła dość przypadkowo. (Adwokaci z palestry długo będą się dziwić, dlaczego podjęto lekkomyślną decyzję, by sprawę powierzyć właśnie jemu, asesorowi posiadającemu zaledwie kilkumiesięczne ­doświadczenie śledcze, a nie sędziemu śledczemu z długim stażem).

      Za każdym razem Rita odpowiada podobnie:

      – Nie. Nie uczyniłam tego! – Po czym pyta przesłuchującego: – Skąd te podejrzenia? Kto śmie mnie podejrzewać?

      Później dialog wygląda mniej więcej tak:

      – Więc kto, zdaniem pani, dopuścił się tej zbrodni?

      – Nie wiem. Cóż to mnie obchodzi? Na to jest policja!

      – A co pani na dowody, jakie zebraliśmy przeciwko pani?

      – Nic. Nie uważam, by udowadniały moją winę. To są może dowody przeciw komu innemu.

      – Może pani wskaże, kogo pani podejrzewa o morderstwo?

      – Nie. Niech panowie się tym martwią.

      – Skąd się wziął kilof w basenie?

      – Co mnie to obchodzi? Używał go dozorca.

      – Skąd pochodzi wybita szyba?

      – Stłukłam ją łokciem. Było to po ujawnieniu morderstwa, gdy mąż mój wołał: „Wody, wody!”. Pośpieszyłam na dwór po wodę. Chciałam wrócić przez werandę i stłukłam szybę, by przekręcić klucz tkwiący od wnętrza.

      – Skoro pani stłukła szybę łokciem, to skąd ma pani okaleczenia na przegubie dłoni?

      – Zraniłam się przy usuwaniu odłamków pozostałych w ramie okna.

      – Jak to? Tam leży trup, ktoś wzywa pomocy, pani śpieszy z wodą i nagle zatrzymuje panią taki drobiazg jak usuwanie odłamków z ramy okna?

      – No tak. Jestem taka skrupulatna, że z miejsca musiałam to posprzątać.

      – Proszę pani – mówi pojednawczo sędzia. – Gdyby pani ze skruchą powiedziała prawdę, byłaby to okoliczność łagodząca. Wzięłaby pani sobie adwokata i obrona byłaby możliwsza!

      – Nie potrzebuję adwokata – odpowiada – bo nie poczuwam się do winy, jak pan taki psycholog, to niech pan udowodni przed sądem, że jestem zbrodniarką.

      „Zeznając, zaciska szczęki, trwa przy tonie, w jaki uderzyła od pierwszej chwili. Gdy jej przedkładają rzeczowe dowody, pąsowieje na całej twarzy aż po szyję, ale ironicznie się uśmiecha i wszystkiemu przeczy” – zauważa dziennikarz „Słowa Polskiego”.

       To nie może być ona

       Lwów, niedziela, 7 lutego 1932

      Sędzia Zdzisław Kulczycki wydaje naczelnikowi Majewskiemu polecenie wypuszczenia inżyniera Zaremby z więzienia w Brygidkach. Śledztwo w sprawie tego podejrzanego zostało umorzone z braku dowodów.

      „Zrozumiano, że padłem ofiarą fatalnej pomyłki” – zanotował Zaremba.

      Następnego ranka, 7 lutego 1932 roku, strażnicy zaprowadzili go do kancelarii. Żegnał go tam osobiście inspektor Raczyński, zastępca naczelnika więzienia.

      – Poleciłem wyprowadzić pana boczną bramą, bo przy głównej kłębią się od rana ludzie – powiedział Zarembie. Wytłumaczył mu, że pobyt w więzieniu uczynił go bardzo znaną i popularną osobą w Polsce.

      – Na artykułach o panu można grubo zarobić – powiedział.

      Dziennikarze nie dali się zwieść. Gdy o dziesiątej, po pięciu tygodniach spędzonych przez Zarembę w areszcie, otwiera się przed nim boczna brama więzienia, stoi już za nią grupka najwytrwalszych pismaków.

      – Muszę iść na cmentarz, na grób córki – oznajmia im Zaremba.

      – Rozumiemy – odpowiadają życzliwie. – Zawieziemy tam pana.

      Redakcyjne auta parkują pod tą samą bramą, której bronili niedawno policjanci. Do grobu Lusi prowadzi wydeptana w śniegu ścieżka. Spod białej czapy sterczą suche kwiaty i przywiędłe wieńce. Zaremba klęka.

      – Widzisz, Lusiu – szepce pod nosem – obcym wolno było ci oddać hołd, tylko Tineczek [tak go nazywała] nie mógł cię pożegnać, bo go trzymano w więzieniu.

      „Wystarczył areszt, aby pogrążono mnie w kałuży oszczerstw. Mój ukochany Lwów odbierał mi szacunek na mocy gazeciarskich plotek” – pisał.

      Nie czyta więc gazet. Pełne jadu i gróźb listy selekcjonuje mu Staś.

      Nadawcy wysyłają płynące z serca życzenia: by zasiadł na ławie oskarżonych obok Gorgonowej, by szlag go trafił i zadyndał na stryczku.

      Nie może wyjść na ulicę. Gdziekolwiek się pojawi, wytykają go palcami, tworzą się wokół niego zbiegowiska. Wszędzie słyszy za plecami: „To Zaremba, Zaremba, Zaremba”.

      „Mam wrażenie, że motorowy, ujrzawszy mnie gdzieś na zakręcie ulicy, zapominał o wozie i zbaczał na niewłaściwą linię, że woźnica wypuszczał z rąk kierownictwo nad końmi, że szofer wjeżdżał na chodnik, żeby mi się przypatrzyć”.

      Zaremba bardzo długo nie może uwierzyć w winę konkubiny. Truchleje, gdy podczas pierwszego przesłuchania we Lwowie dowiaduje się, że to zapewne ona zabiła mu córkę.

      – To nie może być ona – przekonuje Frankiewicza i Responda.

      Oni mu wtedy spokojnie i logicznie tłumaczą, że nie mógł to być nikt inny.

      – Tylko ona – mówią. – Bo przecież nie pan zamordował córkę. I nie brat siostrę. A trzecim domownikiem, wokół którego skupiły się poszlaki, zbierające się w łańcuch dowodowy, była Gorgonowa.

      – Zważ pan – mówią do niego Frankiewicz z Respondem – morderca obcy uciekłby w strachu, pozostawiając narzędzie zbrodni, a nie trudziłby się jego СКАЧАТЬ